We can try another blend.

We can try another blend.
Avenged Sevenfold. Fikcja literacka.

czwartek, 24 października 2013

11.


 11.  Są dnie, kiedy nawiedza mnie uczucie, czarniejsze niż najczarniejsza melancholia – pogarda ludzi.

2 października 2011

Silne pragnienia.

Zamknęła drzwi do łazienki nie przejmując się, by zrobić to cicho. Wchodząc pod prysznic zanotowała w pamięci, że musi kupić pastę i płyn do zębów. Odkręciła kurek z ciepłą wodą i zauważyła, że żel pod prysznic też się skończył. Zrezygnowana podkręciła temperaturę wody przez przypadek włączając niemal na wrzątek. Poparzona odskoczyła w bok uderzając barkiem o szklaną kabinę. Gardłowy krzyk wydobył się z jej ust. Poprawiła strumień wody na zimniejszy klnąc przy tym siarczyście w duchu. W końcu prawie zrelaksowana dała się opłukać i po omacku znalazła butelkę szamponu. Jednak nie wszystko mi się skończyło, pomyślała z zadowoleniem, które zeszło w momencie spłukania piany. Jęknęła patrząc przez ścianę wody na puste opakowanie po odżywce do włosów. Nie chcąc się dłużej irytować postanowiła zakończyć rytuał mycia się.

- Bella, co się stało? – Zaspany mężczyzna stał w drzwiach pomieszczenia. – Słyszałem krzyk.
- Co ty tu jeszcze robisz? – Zapytała zdziwiona ignorując jego troskę. Była przekonana, że jest już rano.
- Śpię. – Odpowiedział. – Właściwie to spałem, bo obudził mnie twój krzyk.
- Mam cię odprowadzić do drzwi? – Zapytała uszczypliwie nakładając na twarz krem.
- Wyganiasz mnie w środku nocy?
Daniyah przewróciła oczami. Przetarła zaparowane lustro i w nim odnalazła wzrok Warhola.
- Jeśli tak to nazywasz. – Zawinęła ręcznik wokół głowy dając tym samym znać, że z jej strony konwersacja została zakończona.

Brian siedział na łóżku pięknej Belli i nie mógł wyjść z zadumy. Przejechał do niej; dla niej, tyle kilometrów, a ona miała mu za złe, że został na noc. Niewdzięczna! Przetarł zaspane oczy i wzrokiem próbował namierzyć swoje ubrania. Drzwi do łazienki zostawił uchylone – widział je tylko dzięki wielkiemu lustru stojącemu w sypialni. Kobieta wycierała swoje nagie ciało w duży brązowy ręcznik. Nie, na pewno teraz nie wyjdzie.

#

Lojalność.

Johnny Christ chodził nerwowo wokół stołu.
- Zaraz dziurę wychodzisz – usłyszał śmiech Michelle. Rzucił jej mordercze spojrzenie nim zdążył się zreflektować. Wzruszyła tylko ramionami i wróciła na balkon pokoju Shadowsa, gdzie spędzili ostatnie godziny.

Christ sam do końca nie rozumiał zaistniałej sytuacji – przecież Bri wyraźnie powiedział, że ma do załatwienia ważną sprawę damsko-męską w Huntington. Więc co u licha robiła tu Chelle? Oczywiście młody Haner nie był na tyle łaskaw, by odebrać telefon od przyjaciela. Jednak to, co zaskoczyło Sewarda najbardziej to fakt, że nawet domowy numer Gatesa włączał automatyczną sekretarkę. Jeszcze raz wybrał numer komórkowy Syna.
- Jestem tak zajebisty, że nie mogę teraz odebrać. Spróbuj się nagrać po sygnale – tu następowała seria udawanych sygnałów. Christ wytrzymał wszystkie dziesięć zmyłek; doskonale pamiętał dzień, czy raczej noc, kiedy wszyscy nagrali sobie podobne poczty głosowe, by zmylić fanów, którzy nie wiadomo skąd zdobyli ich numery. Wyszło ich to taniej aniżeli zmiana numerów, szczególnie w tak brutalnym biznesie jak muzyczny. Wziął dwa głębokie oddechy i nagrał wiadomość: - Stary, nie wiem w co ty grasz, ale Mich jest tutaj, a ciebie nie ma w domu. Ja twojego gówna sprzątał nie będę, więc lepiej miej dobre wytłumaczenie. I oddzwoń do mnie.

Rozłączył się. Nie było sensu mówić cokolwiek więcej. Sam również postanowił zachować milczenie, przynajmniej dopóty dopóki nie usłyszy wersji Briana. Tyle przecież może zrobić dla przyjaciela.

#

Przebiegłość.

Nancia wierciła się niesamowicie, mimo że siedziała w skórzanym wygodnym fotelu. Wiedza, którą próbowała nabyć z prawa podatkowego zupełnie jej nie wchodziła do głowy. W jej myślach ciągle odtwarzała się scena ostatniej rozmowy z przyjaciółką. Zamknij drzwi, kiedy będziesz wychodzić – powiedziała to tak szorstko, że Nan na samo przypomnienie przechodziły ciarki po plecach.

- Kochanie – Patricia Clay nieśmiało zajrzała do pokoju dziennego. Nancia zarejestrowała wyjątkowo elegancką sukienkę na drobnym ciele swojej matki i od razu nabrała podejrzeń. – Wiem, że się uczysz, ale za chwilę zjawi się tu gubernator Brown i twój ojciec uważa..
- Pójdę się przebrać – nie dając dokończyć rodzicielce zdania szybko wstała z fotela.
- Dziękuję – szept Patricii wymusił na Nancii lekki uśmiech.
- Mamo, sama tego chciałam. Nie musisz być smutna, bo akurat pójście na prawo było jedyną decyzją w moim życiu, którą podjęłam sama. Sama, rozumiesz? – Podeszła do pani Clay. – Wiem, że nie rozumiesz. Jedyne co ci mogę obiecać to to, że to ja będę cię reprezentowała w sądzie na waszej rozprawie rozwodowej, dobrze? – Wymusiła w matce śmiech.
- Głuptasie – ukradkiem wytarła pojedynczą łzę, dodała z naciskiem – nie będzie żadnego rozwodu.

Nancia już dawno temu nauczyła się nie ingerować w życie swoich rodziców, jednak było to trudne. Patricia była kiedyś wolnym duchem, zupełnie jak teraz Nan, ale ślub z dobrze prosperującym prawnikiem zmienił w niej prawie wszystko. I mimo że blond włosa bezgranicznie kochała oboje swoich rodziców, nie potrafiła zrozumieć czemu męczą się ze sobą. Anthony Clay był bowiem mieszaniną sprzecznych cech. Wygadany, z dobrą aparycją i nosem do interesów zrobił bardzo szybko karierę w prawniczym środowisku. Jak przystało na dobrego prawnika był krętaczem i intrygantem, zawsze umiał postawić na swoim.
- Dobry nie znaczy porządny – zawsze mawiała jej matka. I była to prawda. A Nancia za wszelką cenę nie chciała zostać dobrym prawnikiem. Gubernator Jerry Brown mógł jej w tym pomóc, a ona była gotowa tę pomoc przyjąć.

#

Długi pocałunek na do widzenia.

Brian Haner przejechał dłonią po wilgotnych włosach. Bardzo, ale to bardzo potrzebował zapalić. Ona jakby czytając w jego myślach powiedziała leniwie:
- Nawet nie próbuj odpalić tutaj papierosa.
- Przecież nic nie..
- Ale chciałeś. – Podniosła się i wbiła palce prawej ręki w pukiel włosów. Skrzywiła się przy tym nieznośnie. – Nigdy więcej nie zapomnę o odżywce. – Mruknęła pod nosem.

Siedzieli tak w jej małej sypialni przez kilka minut. Zobaczył, że Bella wywraca oczami i wzdycha ciężko, ale nie przejął się tym.
- Przejechałem dla ciebie prawie dwa stany – zaczął bardzo powoli. – Nie chcę być nie miły, ale, kurwa mać, nie zachowuj się jak pierdolona księżniczka, bo dostałaś dziś ode mnie więcej, niż ktokolwiek inny! – Mówiąc to podniósł lekko głos i wstał z łóżka. Co prawda nie uzyskał zamierzonego efektu, bo wiadomość ta nie zrobiła na ciemnowłosej żadnego wrażenia, za to zobaczył w jej oczach dziwny błysk.
- Ja cię tutaj nie ściągałam – zawadiacko przygryzła wargę jednocześnie mówiąc monotonnym głosem. Niech cię szlag, kobieto! Pomyślał, że najwyższy czas się zbierać. Za bardzo działała na jego zmysły. Dopiero teraz zrozumiał ten błysk – to była jej gra, a on nie miał zamiaru się jej podjąć. – Wracaj do.. czegokolwiek co tam robisz.

Niespiesznie zaczął się ubierać.
- Tak się składa, że jestem w trasie koncertowej z moim zespołem. Na pewno kilka fanek czeka już na mnie pod drzwiami pokoju hotelowego. Zawsze czekają. – Obrócił się do niej tyłem, żebym nie zauważyła jak bardzo żałuje tych słów.
- Chyba jednak nie masz ich tak dużo, skoro przejechałeś dwa stany, żeby kochać się ze mną, skarbie. – Zaśmiała się perliście. Rzucił jej wściekłe spojrzenie. – No co? Nie mogę być piękna, inteligentna i miła jednocześnie.

Nagle cała jego złość wyparowała. Przecież miał ich łączyć tylko seks i najwyraźniej ona dokładnie tak to traktowała. Już ubrany podszedł do niej szybkim krokiem, nie dał jej szansy na powiedzenie czegokolwiek. Widział strach w jej oczach. Przyciągnął ją do siebie za jej pokudłaczone włosy i mocno wpił się w usta. Nie umiał odgadnąć jej emocji, ale to było nieważne. Dokończył szaleńczy pocałunek i wyszedł z sypialni kierując się do wyjścia z mieszkania pięknej ciemnowłosej.

Szybkim krokiem doszedł pod swój dom. Zatrzymał się zdając sobie sprawę, że jego samochód został w przystani. Włączył telefon, który zapiszczał, że przez 10 godzin zapełnił skrzynkę pocztową. Odsłuchał tylko ostatnią wiadomość i pobiegł w stronę przystani.


Na moście stałem 
ostatnio w brunatną noc. 
Z dali dobiegł śpiew: 
słotymi kroplami ciekł 
po drżącej tafli wody. 
Gondole, blaski muzyka - 
pijana odpływała w mrok...

Moja dusza, muzyka strun, 
śpiewała skrycie barkarolę, 
wzruszona w niewidoczny sposób, 
od szczęścia drżąc barwnego. 
- Słuchał jej może ktoś?*

#

Przyjaciółka.

Daniyah siedziała zszokowana na swoim łóżku. Miała tylko nadzieję, że nie dała tego po sobie poznać.
- A to ci Warhol – mruknęła pod nosem.

Z ociąganiem wstała z łóżka i skrupulatnie ominęła lustro; nie chciała patrzeć na stan swoich włosów. Weszła do salonu i otworzyła szafkę z płytami winylowymi. Po chwili siedziała całkowicie zrelaksowana słuchając menuetu As-dur. Luigi Boccherini, pomyślała, ty to wiesz jak mnie odprężyć.

Nastrój uległ zniszczeniu, kiedy sięgnęła po karteczkę od Nancii. Nie mogła jej dłużej ignorować. Trzy razy przeczytała całość i ze złością zgniotła biały papierek. 
- Nancio Clay, niech ja cię dopadnę! – Krzyknęła zagłuszając Baccherini’ego.


Odwołała spotkanie z Michelle i sprzedała jej dzieło Yah za pięć tysięcy. Faktycznie, najgorsza przyjaciółka na świecie.



*
*Wiersz '***' autorstwa Friedricha Nietzsche'go

No siema!
Pierwszy raz pisałam odcinek dwa dni, hm. To już 11 rozdział, whoa!
Czasowo - wyszło, jak wyszło. Cóż zrobisz.
Wsteczne enjoy!

with love,
z.

2 komentarze:

  1. Yay! W końcu! Dzieje się! To dobrze. Ciekawi mnie dokąd to wszystko ich zaprowadzi. Brian masz obok siebie kogoś, kto cię kocha i po prostu to lekceważysz. Sam się wpakowałeś w związek z Michelle, a teraz takie cyrki odstawiasz. Johnny jaki przyjaciel z niego dobry. Powinien Briana kopnąć w dupę. Czekam na nexta :)
    Joan <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Johnny, co Ty taki niedomyślny :< Kto wytrzymałby dzielnie i wiernie przy Michelle, kiedy obok jest taka Dani? (nie, to nie lesbijska dusza, to matematyczna logika się we mnie odzywa). Brian i Daniyah są siebie warci, dwie cholery.. Ciekawe, które pierwsze padnie w tej ciągłej wojnie podjazdowej ;) Póki co w gorszej sytuacji jest chyba Brian, bo za bardzo mu zależy i za bardzo to pokazuje, a Dani nie byłaby Dani, gdyby tego nie wykorzystała.
    No ale Nan! :<<< Halo, one mają się pogodzić, za bardzo lubię Nan żeby tak pozwalać robić z niej smutną sierotkę. Ona ma nadal biegać nago z jointem po domu Daniyah, a nie! Tak, potraktuj to jako rozkaz, bo się zgubię w Krakowie i będzie na Ciebie :) Lofki <3
    /emo dziecko M, pis joł

    OdpowiedzUsuń