We can try another blend.

We can try another blend.
Avenged Sevenfold. Fikcja literacka.

czwartek, 11 kwietnia 2013

2.


Hello.
Krótkie wyjaśnienie - od tego odcinka następne osadzone będą w 2011 roku, żeby przybliżyć, jak to wszystko się zaczęło ; )


2. Koniec końców kocha się swą żądzę, a nie to, czego się pożąda.

Suma wszystkich strachów.

Brian przejechał swoją dłonią po jej nagich plecach. Delikatnie zadrżała. Doskonale wiedział jak sprawić jej przyjemność. Krążył palcem rysując wzory, rozkoszując się jej płytkim oddechem. Podniosła się, a jej ciemne włosy rozsypały się po jego ręce. Doprowadzała go do szaleństwa, do uzyskiwania pokładów namiętności, o których istnieniu nie miał pojęcia. Nagle przerwał, uświadamiając sobie, że nie taki był układ. Szybko przewrócił się na plecy i niechlujnie sięgnął po paczkę papierosów leżącą na nocnej szafce. Odpalił jednego i kątem oka dostrzegł, że zmieniła pozycję i teraz widział jej twarz. Była kobieca, intrygująca i chyba nieświadoma swojej urody i tego, jak wpływa na mężczyzn. A może i nie. W końcu co on o niej wiedział? Tylko tyle, że była cudowną kochanką. Nawet nie znali swoich imion, nie było na to czasu.
- O czym myślisz? – Usłyszał jej ochrypnięty, zmysłowy głos.
- O nas. – Odpowiedział szczerze. – Powiesz mi jak się nazywasz?
- Dlaczego teraz? – Zapytała z lekkim strachem i zmrużyła gniewnie oczy.
- Bo dzisiaj mija rok, odkąd ze sobą sypiamy.
Wypuściła ze świstem powietrze, obawiając się, że właśnie nastał początek końca tej idealnej sytuacji między nimi.

#

Rok wcześniej, 7 lipca 2011
Dziewczyna na urodziny.

Nikt nie był tak podniecony wieczorną imprezą, jak Michelle DiBenedetto. Przygotowywała ją od dwóch tygodni, mając cichą nadzieję, że Brian dostrzeże nie tylko jej wysiłek włożony w organizację, ale też ją samą. Znali się tyle lat, a jednak usilne próby Valary, jej bliźniaczki, oraz Matta, męża Val, aby ona i Haner się zeszli - nigdy nie wypalały. Tym razem nie chciała, by skończyło się jak zwykle. Musi działać stanowczo.
- No, w tym stroju masz duże szanse, że cię przeleci. – Val, aż gwizdnęła na widok siostry. – Mniejsze, że wyzna ci miłość.
Michelle stęknęła i ze smutkiem ściągnęła z siebie strój stylizowany na króliczka Playboya oraz wysokie buty, niczym z taniego filmu pornograficznego.
- Vali, ja już nie wiem jak mam się ubierać, albo zachowywać, żeby on mnie w końcu zauważył. Chyba powinnam przestać się łudzić..
Aktualnie ciemnowłosa Sanders mocno przytuliła siostrę.
- Nie łam się. Zaraz wybierzemy coś, co zawróci mu w głowie. – Ucałowała ją w czubek głowy i ze śmiechem dodała – i przy okazji nie sprawi, że będziesz wyglądała jak dziwka. – Zlustrowała ze wstrętem jej poprzedni wybór.

#

Droga przez piekło.

Brian Haner niechętnie i bardzo powoli zebrał się do wyjścia. W jego salonie czekali już przyjaciele. Zachary Baker ubrany w swoją ulubioną czerwoną marynarkę i czarną muchę poprawiał wyżelowane włosy, co z kolei niesamowicie śmieszyło Jonathana Sewarda popijającego zimne piwo i nieprzejmującego się swoimi czarnymi spodniami i pstrokatą skórą narzuconą na zwykły T-shirt. Matthew Sanders spacerował po pokoju z telefonem przy uchu i z uśmiechem odpowiadał półsłówkami swojemu rozmówcy. Widząc, że gitarzysta wchodzi do pomieszczenia szybko się rozłączył i spojrzał na niego krytycznie.
- Jaja sobie robisz, stary? – Pokręcił głową.
- A co, jedziemy do królowej, że mam się odpindrzyć jak wy? – Zaśmiał się. Matt się zapowietrzył, co Gates uznał za wygraną. Najwyraźniej wokalista swój ciemny garnitur i białą koszulę uznał za jedyny możliwy wybór, który teraz został poniekąd skrytykowany. – Wyluzuj, Mattie. To tylko moje urodziny i mogę się ubrać, jak tylko mi się podoba.
- Nie wkurwiaj byka – ostrzegł Zach wyglądając zza telefonu, w którym nadal się przeglądał. Bowiem Synyster jako jedyny z tam obecnych nie miał pojęcia, że Shadows całe dwa tygodnie, ba! Cały miesiąc, szpiegował dla bliźniaczek skromną osobę Briana, by impreza była jak najlepsza. Niewątpliwe zatem było, że nie mógł pozwolić, aby taki szczegół jak stare jeansy i wyblakła koszulka zepsuły to wszystko, na co reszta pracowała tyle czasu.
- W tym momencie idziesz się przebrać w coś bardziej wyjściowego – wysyczał w stronę Gatesa.
Ten tylko uniósł ręce w geście poddania się i z jeszcze większą niechęcią ruszył na piętro, aby się przebrać.
Miał nadzieję, że przyjaciele skończyli tę farsę ze swataniem go z Chelle. Lubił ją, ale nie czuł do niej nic więcej, jak siostrzaną miłość. Niestety, zdawało się, że tylko ona go w tym rozumie (ach, jak się mylił!). Szybko nałożył na siebie ciemne spodnie i czarną koszulę, na głowę naciągnął kapelusz i zbiegł po schodach. W końcu – im szybciej wyjdą, tym szybciej wróci do domu.

I oczywiście, że nie mógł się bardziej mylić.
Zamiast spokojnego wieczoru w barze przy starej whisky i najlepszych kumplach, dostał ogromną imprezę, z setką osób, które znał i całą masą ludzi mu nieznanych. Na czele ich wszystkich godnie stała Michelle w cekinowej, bardzo opinającej jej ciało, sukience i trzepotała rzęsami. Przez głowę przeszło mu, że próbuje zwrócić jego uwagę na siebie. Nie wiele później, kiedy blondynka wręczyła mu urodzinowy prezent, przekonał się, że jego pierwsza myśl błędną nie była.
- Nasze zdjęcie. – Stwierdził fakt. Uśmiechnęła się spłoszona. Nie umiała wydobyć z siebie dźwięku, więc nachyliła się do niego i wyszeptała mu prostu do ucha.
- Widzisz, jak mnie na nim obejmujesz? Chciałabym, żebyś obejmował mnie tak każdego dnia.
Odsunął ją od siebie jak poparzony i rozejrzał się. Matt i Val ściskali kciuki, Zacky i Johnny udawali, że go nie widzą.
- Od dawna to planowaliście? – Zapytał trochę ostrzej niż zamierzał.
- Nasze zejście? Od kilku lat. Imprezę? Od jakichś dwóch tygodni. – Chelle się zarumieniła.
- Mich, to nie wyjdzie. – Spojrzał w jej nagle posmutniałe oczy i na odchodnym dodał – przepraszam.
Nie słuchając nawoływań, wściekły wybiegł z klubu.

#

Granice wytrzymałości.

Daniyah Moore stanęła w miejscu. Wszystkie myśli wyparowały jej z głowy.
- Próbowałam cię uprzedzić, ale oczywiście nie odbierałaś moich telefonów – usłyszała za sobą szept swojej najlepszej przyjaciółki, Nanci Clay. – Jak mniemam, kilkunastu wiadomości, które ci zostawiłam też nie odczytałaś. – Tłumaczyła się lekko zdenerwowana. Daniyah potrząsnęła głową, by przywrócić krążenie w swoim ciele.
- A cóż to za rodzinne spotkanie? – Zapytała uszczypliwie, patrząc z jawną wrogością na przystojnego chłopaka, a słowa kierując w stronę swojej matki.
- Dani, kochanie! Już myślałam, że się ciebie nie doczekamy – pulchna włoszka zawołała z radością w stronę córki. – Pamiętasz jeszcze Conrada?
- Oczywiście, jak mogłabym nie pamiętać, skoro nie pozwalasz mi o nim zapomnieć? – Jadowity ton ukryła pod uśmiechem. Nie oszukała tym jednak swej rodzicielki i już chwilę potem stała z nią oko w oko przy drzwiach wejściowych jej mieszkania.
- Mamo, co ty wyprawiasz? – Nawet nie starała się mówić cicho.
- Szukam ci męża, to chyba jasne! – Oburzyła się pani Moore. – Kto to widział, żeby kobieta w twoim wieku nie urodziła jeszcze dziecka? – Dodała z dziwnym grymasem na swojej starej już twarzy.
- Jakoś Nanci się nie czepiasz – syknęła.
- Bo Nan, studiuje porządny kierunek i nie będzie musiała się przejmować swoją przyszłością.
- Mnie w to nie mieszajcie – Clay nie ukrywała, że podsłuchuje, ale mimowolnie się skrzywiła na słowa swojej przyszywanej cioci.
- Taką mnie sobie urodziłaś, taką mnie masz! – Krzyknęła Dani i wybiegając z mieszkania trzasnęła drzwiami.
- Prawdziwy włoski temperament – zachwycił się Conrad. Pani Moore odetchnęła z ulgą. Może jeszcze nie wszystko stracone.

#

Dotyk przeznaczenia.

Jednocześnie kroczyli prostopadłymi do siebie drogami. Lipcowy wieczór był niewiarygodnie gorący. On podwinął rękawy swojej czarnej koszuli i poprawił kapelusz. Przetarł czoło. Ona odkleiła od siebie lepką już jasną sukienkę i związała wysoko włosy chroniąc je od potu. Przetarła kark. Wpadli na siebie z impetem i rzucili wściekłe spojrzenia. Stali na skrzyżowaniu Edinger Ave z Bravata Dr.
- Uważaj ja łazisz – fuknęła na mężczyznę.
- Jakbyś się nie zajmowała swoim wyglądem to może nie wpadałabyś na ludzi – odszczekał się. Miał ochotę ją wykląć, ale resztki rozumu nie pozwalały mu, by kierować przekleństwa w stronę kobiety. Poza tym, nie chciał sobie już doszczętnie zniszczyć urodzin.
- Spierdalaj. – Wyrwało jej się i zaraz chwyciła się za usta, jakby to miało cofnąć jej słowo. – Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło – wykrztusiła.
Przyjrzał się jej dokładnie. Była ponętna, miała w sobie coś elektryzującego. Chciał zapamiętać jak najwięcej z jej wyglądu. Stała wpatrując się w niego z przerażonym wzrokiem, jakby popełniła przestępstwo wypowiadając zakazane słowo.
Nim się zorientowała stała mocno przyciśnięta do ściany budynku i z pasją oddawała pocałunki nieznajomemu.

#

I stanie się koniec.

Już od ponad godziny siedziała ukryta w cieniu jego domu czekając na powrót ukochanego. Wierzyła, że może jeszcze wszystko naprawić. Powie mu, że to była pomyłka, albo ich głupi żart. Wrócą do porządku dziennego, a któregoś pięknego dnia on obudzi się z myślą, że ją kocha. A ona, oczywiście, będzie na niego czekać. Mrzonki o ich wspólnym życiu pękły niczym bańka mydlana, kiedy pod dom podjechała taksówka. Zobaczyła jak wysiada i już była gotowa do niego podejść, kiedy on odwrócił się i wziął na ręce ciemnowłosą kobietę. Widok jej Briana całującego inną, wstrząsnął nią i pozostawił w bezruchu. Nadzieja, która się w niej iskrzyła, zgasła w momencie, gdy Haner nie wypuszczając tamtej z ramion, po omacku otworzył drzwi i ze śmiechem przerywanym przez pocałunki zamknął je za nimi.
Michelle spojrzała na prezent, który Bri zostawił w klubie. Chwyciła mocno ramkę i podeszła do kosza z hukiem ją wyrzucając. Odeszła dwa kroki i szybko zawróciła. Z płaczem wyciągnęła zdjęcie spomiędzy szkła.
- Och, Synyster. Tak bardzo cię przepraszam. – Załkała i z żalem ostatni raz spojrzała na dom ukochanego. – Nie przejmuj się mną. Ja dam sobie radę, a ty jeszcze mnie zauważysz. Już ja się o to postaram. Obiecuję.
Uniosła wysoko głowę i starając się zachować resztki honoru nie obejrzała się ani razu za siebie na jego dom. Wiedziała, że jeśli włączyli światło, to zobaczy wszystko. A akurat tego chciała sobie zaoszczędzić.

2 komentarze:

  1. Heh powiem szczerze, że szkoda mi Michelle. Świata po za Hanerem nie widzi, stara się a tu dupa blada. Może gdyby reszta nie chciała ich spiknąć już dawno by jej przeszło. Takie kochanie kogoś z kim non stop się spotykasz wcale nie jest fajne. Brian się z deczka zdenerwował ale mu też się trochę nie dziwię. Grzecznym chłopcem to on nie jest i w tym opowiadaniu na pewno nie będzie. Dani też nie ma lekko z mamusią, ugh. Szukanie męża na siłę to najgorsze, co może być. Gorące to ich spotkanie milordzie, oj gorące. Tylko ktoś inny właśnie cierpi... Takie to życie właśnie porąbane, a raczej ta cała miłość. Podoba mi się coraz bardziej i czekam na to, co będzie dalej. Pisz tak szybko, jak tylko możesz :)
    Lovee <3
    Joan<3

    OdpowiedzUsuń
  2. A taki miałam wczoraj ładny komentarz, NO I NIE, BO NIE MOGŁAM DODAĆ. Uroczo. :))) W każdym razie, biedna Michelle (nie jedz mnie za to :<). No bo szkoda dziewczyny. Zakochała się i w zasadzie nic nie może z tym zrobić, a Haner na nią zlewa. Za to Brian ma Daniyah ^^ Świetny "związek"; bo w sumie na cholerę im znać swoje imiona? XD Ich pierwsze spotkanie było, aawn, urocze. Miłość od pierwszego wejrzenia :DD A Conrad niech spada, no przecież wiadomo, że nie ma u Daniyah żadnych szans. Najmniejszych. I jej mama też powinna to zrozumieć.
    Czekam na kolejny <3

    OdpowiedzUsuń