We can try another blend.

We can try another blend.
Avenged Sevenfold. Fikcja literacka.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

14.

Dla A.
dziękuję.


14. Wielu trzyma się uparcie obranej drogi, lecz tylko nieliczni dążą konsekwentnie do swego celu.

13 października 2013

Tabula rasa.

Sobotni poranek nie lubił nudy. Już od wczesnych godzin zachęcał promieniami słońca do wstawania, by zaraz po tym brutalnie schłodzić mżawką opalone ciała mieszkańców Kalifornii, którzy mu ulegli i wyszli z domów.

Jedną z osób, które niefortunnie nabrały się na psikusa październikowej pogody była Michelle DiBenedetto. Jednak ona szła niewzruszona wzdłuż brzegu oceanu, który co chwila obmywał jej bose stopy. Nie płakała. Nie krzyczała. Nie uśmiechała się. W oczach świeciła pustka.

Mętlik w jej głowie nie pozwalał na racjonalne myślenie. Już nie była zła, ani wściekła. Pogodziła się z samą sobą. Bo złość i wściekłość, którą odczuwała przez ostatnich cztery miesięcy nie była skierowana na Briana, czy Bellę. Michelle nienawidziła samej siebie. Za swoją naiwność, za swoją uległość, za swoją bezinteresowną i platoniczną miłość. A jeszcze bardziej za to, że miała zamiar mu wybaczyć. Ponoć każdy jest racjonalny na swój sposób.

Siadając na mokrym piasku zapatrzyła się w ciemną wodę, która teraz obmywała całe jej kruche ciało.
- Wiem o Belli.
- Michelle..
- Nie, Bri. Ja.. Potrzebuję czasu.
Zaszczypały ją oczy i zdała sobie sprawę, że od kilku minut nie mrugała. Jeśli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie. Poczuła, że palce w jej nogach zaczynają się marszczyć od wyjątkowo zimnej tego dnia wody. Nie mogła pozwolić sobie na chorobę; wstała i nawet nie próbowała otrzepać się z piasku, czy raczej mokrej brei, która przyczepiła się do niej. Uniosła głowę i spojrzała w niebo. Przestało siąpić, a zza chmury wyjrzało słońce. Lekko się uśmiechnęła. Do jej oczów wróciło życie.

Jestem gotowa, pomyślała i skierowała się w stronę swojego domu.

#

 Zrujnowane niebo.

- Dzień dobry, piękna.

Delikatnie podniosła kąciki ust.
- Zdajesz sobie sprawę, że złamaliśmy główną zasadę mojej matki? – Obróciła się w jego stronę i wtuliła w silne ramiona. Wyczuwając na sobie wzrok mężczyzny cicho się zaśmiała. – Para młoda nie powinna spędzić z sobą nocy w przeddzień ślubu. To przynosi pecha.

Prychnął i chwycił jej brodę.
- Kocham cię. – Powiedział zanim zatopił się w jej ponętnych ustach. Namiętny pocałunek przyprawił ją o zawroty głowy.
- Pieprzyć zasady – mruknęła i oddała mu się całkowicie.

- Na pewno nie zostaniesz na śniadanie? – Zapytała Daniyah. Jej towarzysz uśmiechnął się słabo, ale nie odpowiedział. – Zestresowany? – Zbył ją długim pocałunkiem. Nie był zestresowany. Conrad Neeson wiedział, że cokolwiek jest zrobione w miłości, zawsze przekracza ramy dobra i zła. W dzień własnego ślubu był pewien tylko tego; z miłości rezygnował.. z miłości.
Daniyah za to była zestresowana za ich dwójkę. Od samego rana nic nie układało się jak powinno. Najpierw Conrad całował ją, jakby po raz ostatni dotykał jej ust, potem nie odezwał się słowem, a teraz wyjrzała przez okno i zobaczyła, że została brutalnie oszukana przez pogodynkę. Zamiast błękitnego nieba miała szare chmury, a słońce gubiło promienie w deszczowym kapuśniaczku. W dodatku Nancia nie odzywała się do niej od tygodnia. Spojrzała na białą suknię wiszącą na drzwiach. Kolejna złamana zasada; pan młody nie powinien był zobaczyć tego stroju wcześniej, niż przed ołtarzem. Wzruszyła ramionami. To ma być jej najszczęśliwszy dzień. Zmusiła się do zaprzestania myślenia o Brianie, który nagle wtargnął w jej myśli, a zaraz potem do uśmiechu. Zignorowała stado motyli, które poruszyło się w jej brzuchu na samą myśl o Hanerze. Skarciła się, za to. Nie powinna używać jego imienia. Warhol, Warhol, Warhol. Powtórzyła w myślach trzy razy, po czym szybko weszła pod prysznic i odkręciła wodę, jakby ta miała sprawić, że jej wyrzuty sumienia będą mniejsze.
- I co teraz?
- Teraz mam na ciebie ochotę.
- Wiesz, że nie będziemy razem?
- Musisz?
- To był tylko..
- Seks. Wiem.
Oparła głowę o zimną kabinę prysznica. W myślach przewijała ich ostatnią rozmowę. Żałowała każdego słowa. Jego szorstki ton głosu do teraz sprawiał, że czuła dreszcze na całym ciele. Rozgoryczenie w jego oczach sprawiało jej fizyczny ból, na który nie była gotowa. Westchnęła i odkręciła lodowatą wodę. Drżała, ale uparcie stała, kiedy krople raniły jej ramiona. Stała, dopóki Warhol nie zniknął z jej głowy całkowicie.

#

…pozostanie wierność.

Popatrzył na przyjaciela, nie wiedział jak ma się zachować. Znał go od liceum, ale pierwszy raz czuł się taki bezradny. Westchnął ciężko i otworzył usta, z których nie wydobył się żaden dźwięk. Spróbował drugi raz, również bezskutecznie. Nie zdążył podjąć trzeciej próby.

Ding dong.

Ciemnowłosy nie ruszył się, dlatego mężczyzna powiedział cicho:
- Otworzę.

W drodze do drzwi zastanawiał się, jak mógłby pomóc gitarzyście. Prawdą było, że pierwszy miesiąc spędził na negowaniu wszystkiego, co miało miejsce. Nie umiał patrzeć na przyjaciela bez pogardy. Ale teraz.. Teraz było mu go po prostu żal.

- Michelle? – Zdziwiła go jej sylwetka w drzwiach.
- Cześć Johnny. – Przywitała go całusem w policzek i zostawiła w osłupieniu, samej idąc w poszukiwaniu Hanera.

Stanęła we framudze i poczuła, jak serce kruszy się w jej piersi na milion kawałeczków.
- Bri.. – Westchnęła.
- Michelle? – Był nie mniej zdziwiony niż Christ. Szybko wstał z kanapy, ale się zawahał. Nie wiedział, czy może do niej podejść, nie wiedział jak ma się zachować. Słowa same znalazły ujście. – Przepraszam. Byłem idiotą. Nigdy nie zasłużę na twoje przebaczenie. Nigdy nie zasłużę na ciebie..
- Wybaczam ci.
- Nie, Chelle, proszę. Daj mi skończyć. Byłem totalnym dupkiem. Boże! Dlaczego ja nie potrafię myśleć.. – Zaczął krążyć po pokoju.
- Wybaczam ci.
- Czy jest coś, cokolwiek.. Co?

Michelle pokręciła głową z lekkim uśmiechem, który zaraz zastąpiła poważną maską.
- Wybaczam ci.
- Michelle.. – Brian zaniemówił. Oczy zaszkliły mu się od łez, których nie chciał zahamować. Powoli, jakby bojąc się, że ją spłoszy, zrobił w jej stronę dwa kroki. – Zrobię wszystko..
- Wiem. – Nie pozwoliła mu dokończyć. Nie chciała tego słuchać. Liczyła na czyny. I liczyła na wierność.

Patrzył na przytuloną parę siedzącą na kanapie. Ciągle nie wierzył, że był tego świadkiem. Johnny uśmiechnął się do samego siebie.
- Gołąbeczki, – zaczął – co powiecie, żeby to uczcić?
- Wolałbym chyba nacieszyć się tą chwilą tylko z Mich..
- Zróbmy imprezę. – DiBenedetto kolejny raz nie pozwoliła Brianowi na dokończenie wypowiedzi. Nie chciała być wredna, czy podła. Po prostu miała ochotę na spotkanie z przyjaciółmi. Widząc zdziwienie w oczach Syna, dodała: – sobą się jeszcze nacieszymy – o ile tego nie zepsujesz, dodała w myśli.

- Pójdziesz na ślub?
- Nie mam ochoty.
Michelle jęknęła. Spojrzała z litością na przyjaciółkę.
- Nan, nie wiem o co się pokłóciłaś z Daniyah, ale proszę cię! To ważny dzień w jej życiu i nie powinno cię tam zabraknąć. – Zobaczyła jak blondwłosa się krzywi. – Co jest?
- Wybacz, że jakoś nie lubię tego domu. Źle mi się kojarzy.
- Ach.. To. Ale możesz nie zbaczać z tematu? Mamy jeszcze kilka godzin, spokojnie zdążysz.
- Michelle! – Krzyknęła. – Ale ja nie wiem czy chcę iść.
- Pójdziesz. Zadzwonię do Val, może jeszcze nie wyjechali od siebie to weźmie ci coś do ubrania.
- Ale..! – Nancia westchnęła głośno. Czuła się rozdarta. Od prośby Conrada starała się udawać, że wszystko jest w porządku, ale po prostu nie umiała. Nagle, z dnia na dzień, straciła szacunek do Moore i nic mogła na to poradzić. Przez ostatnie miesiące trzymała Daniyah na dystans, ale teraz.. Może Michelle miała rację; w końcu wszystko się jakoś ułożyło. Dani miała zmienić nazwisko na Neeson, Mich wybaczyła Brianowi, a ta dwójka nie utrzymywała kontaktu.

- Co taka struta? – O wilku mowa.
Clay odchyliła się w prawo i nigdzie nie widząc Chelle, podeszła do Gatesa.
- Michelle nie wie, że Bella to Daniyah. Niech tak zostanie. – Wysyczała mu prostu do ucha.
- Załatwiłam! Chodź, zrobimy coś z twoimi włosami – z uśmiechem rzuciła DiBenedetto i ruszyła schodami na piętro.
- Już idę. – Odparła z uśmiechem. Odwróciła się do Briana i rzuciła. – Dla jasności. Gardzę tobą.

#

O! Gdzie miłość stawia…

Kiedy kolejny raz włączyła się poczta głosowa, Daniyah warknęła głośno i rzuciła telefonem w ścianę.
- GDZIE JEST NANCIA?! – Ludzie kręcący się wokół niej rozproszyli się nagle wiedząc, że nie ma nic gorszego, niż wściekła panna młoda.
- Jestem, wyluzuj – usłyszała za sobą śmiech.
- Czy ty.. Czy ty jesteś na haju?! – Krzyknęła szeptem.
- Nie, – powiedziała –  jeszcze nie. Conrad cię szuka.
- Chyba nie powinien mnie widzieć w sukni.. – Neeson wszedł niepewnie do pomieszczenia, gdzie znajdowały się kobiety. – Jasne. Co mi tam. Obojętne. – Dani była bliska płaczu.
- Pięknie wyglądasz. – Stanął za nią i objął w pasie. Obrócił ich w stronę wielkiego lustra. Złożył delikatny pocałunek na jej barku.
- Ty płaczesz? – Daniyah rozejrzała się po pokoju, jakby bojąc się, że ktoś może to zobaczyć. Ze zdziwieniem odkryła, że zostali sami. Do ceremonii zostało kilkanaście minut.
- Ślubu nie będzie. – Powiedział cicho. Wydawało jej się, że źle usłyszała.
- Conrad, to nie jest śmieszne. – Podeszła do lustra i nerwowo zaczęła poprawiać makijaż.
- Wszystko, czego chcę w życiu, to widzieć ciebie szczęśliwą. Wiem, że mnie nie kochasz. I nie ma w tym nic złego, bo mojej miłości starczyłoby i za ciebie, ale..
- Ale o czym ty mówisz, kochanie? – Podeszła do niego.
- Kochasz Briana, nie mnie. Nie protestuj, Dani. Widziałem to wtedy, w lipcu. I teraz też umiem do dostrzec. Mamy swoje momenty, ale ja nigdy nie będę nim. Kocham cię. – Złożył pocałunek na jej policzku i zostawił ją oniemiałą, samotną.

Usiadła zszokowana. Biała suknia leżała na niej idealnie. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, ale dostrzegła tylko skołowanie widoczne w oczach. Uświadamiając sobie co się stało, wstała i szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi.

- Niby gdzie się wybierasz?
- Nan, nie mam teraz czasu.
- Nie idziesz do niego. – Syknęła Clay i pociągnęła ciemnowłosą za rękę.
- Auć! Puszczaj!
- Moore, wiele bym się po tobie spodziewała, ale nie tego, że jesteś dziwką.

Plask.

- Nan, przepraszam. – Zasłoniła usta dłonią. Policzek Nancii zdążył się zarumienić.
- Nie, a teraz mnie posłuchasz. Michelle wybaczyła Brianowi, są razem i są szczęśliwi. Conrad chciał postąpić szlachetnie, ale tak naprawdę, to właśnie podjął najlepszą decyzję w swoim życiu. Straciłaś wszystko. Trzymaj się od nas z daleka. – Wycedziła przez zęby.
- Nan..? Nancia? Nan! – Krzyk Dani nie pomógł. Clay wyszła z hotelowego pokoju z uniesioną głową. Dopiero za zakrętem pozwoliła sobie na łzy.

- Dlaczego mnie tu zabrałaś? – Usłyszała, kiedy wsiadła do samochodu.
- Żebyś udowodnił mi coś. Daniyah właśnie została rzucona przez narzeczonego. Dla ciebie. On twierdzi, że Daniyah kocha ciebie. – Nancia powiedziała wolno i bardzo monotonnie. Podkreśliła tylko dwa ostatnie wyrazy.
- Ona miała szansę. Wiem, jak to zabrzmi, szczególnie z perspektywy czasu, ale.. Podczas naszego.. romansu, wyznałem jej miłość.
Nancia nagle przestała płakać.
- Słucham?
- Tak. Byłem zauroczony. Chcesz wiedzieć, co mi odpowiedziała?
- Że to był tylko seks.
- Tak. Więc, siedzę teraz tu z tobą, nie pobiegłem do niej. Zdałem? – Zapytał z lekkim uśmiechem. – Nancio, obiecuję ci, że jeśli przeze mnie Michelle kiedykolwiek zapłacze, to będziesz mogła poddać mnie najgorszym torturom. A już dziś możesz zrobić co chcesz z tym jej obrazem, który wisi u mnie. Zgoda? – Wystawił w jej stronę małego palca prawej ręki. Spojrzała na niego niepewnie, by po chwili pokiwać głową. Splątała ich palce.
- Zgoda.
- Dalej mną gardzisz?
- Trochę mniej.
Po samochodzie poniósł się śmiech Briana. Ruszył z piskiem opon.

#

San Francisco, 22 grudnia 2014

Pokłońcie się królowej.

Rozjaśnione, aktualnie lekko rudawe włosy, świeciły w słońcu. Zapowiadał się chłodny wieczór. Mijając samochód zaparkowany na chodniku, nachyliła się i poprawiła krwistoczerwone usta. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. San Francisco jej służyło. Kilka godzin wcześniej zamknęła swoją pracownię, ale teraz przypomniało jej się, że od przeszło tygodnia nie dokończyła obrazu. Potrzebowała inspiracji. Zmniejszyła uśmiech i rozejrzała się dookoła. Wysoki, blondwłosy, samotny. Jest mój cel.

Istnieją kobiety, które jakkolwiek by się szukało, nie mają wnętrza, lecz są jedynie maskami.

- Och, przepraszam! Straszna ze mnie niezdara – powoli podniosła wzrok. Nie planowała aż tak mocno się z nim zderzyć, ale przynajmniej wywołała odpowiednią reakcję.
- To ja przepraszam. Jesteś taka drobna. – Nieznajomy uśmiechnął się do niej. – W ramach rekompensaty zapraszam na..
Zamknęła mu usta pocałunkiem.
- Nie mogłam się oprzeć. – Powiedziała, kiedy zobaczyła jego zdziwienie.
- David. – Przedstawił się.
- Bella. – Nie zwróciła uwagi na jego imię.
W końcu to tylko seks.
Przypadkowy seks.

KONIEC.

*

Podziękowania:
Mojej kochanej WalkingDead. Za obecność, za wsparcie. Za lesbijską duszę.
Joannie Gates, że była od początku, że została do końca.
Tym co zaglądały: Fallen, Jenny, Hope.
Szczególne podziękowania idą do Boo, która ponoć zaczęła to czytać oraz do Natalii, która cudem odnalazła mnie po latach.
<3

I w końcu dla A. Ty wiesz, że ja nienawidzę twojej ksywki, preferuję imię ; )
długo czekałaś, mam nadzieję, że nie zawiodłam. 
Koniec końców, to ty wykreowałaś w mojej głowie Conrada.

Dziękuję.

I widzimy się w czerwcu, co?
Do następnego!

with BIG love,
z.

4 komentarze:

  1. Wiesz, że kiedy czytałam Twoje opowiadanie zawsze przedstawiało mi się w głowie jak serial? Jak GENIALNY serial! Jego forma była zdumiewająca, zakochałam się w niej, inspiruje, naprawdę. I Twoi bohaterowie - charakterystyczni, niebanalni, cudownie dziwni. I cała historia od początku do końcu tajemnicza i niezbyt zrozumiała, ale kurcze, niesamowita. Więc dziękuję Ci za to opowiadanie. Za ten dreszczyk erotyzmu. I że zakończyło się właśnie tak. Mam nadzieję, że napiszesz coś jeszcze, że nie zapomnisz o nas :) Iiiiiiiiiii widzimy się! Już nie mogę się doczekać! :)
    love, Jenn :**

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz co Małpko? To było genialne od początku do końca. Naprawdę. I wiesz co jeszcze? Ja chcę więcej Twojego pisania. Podoba mi się zakończenie. I to, że jednak Brian był na tyle mądry by podjąć właściwą decyzję. Michelle także. A takie dziewczyny jak Dani? Zwykle zostają same... Takie jest życie. Dziękuję za wszystkie odcinki i za to, ze jesteś. Widzimy się w czerwcu.
    Lovee<3
    Joan:)

    OdpowiedzUsuń
  3. słów mi brakuje! czad! i choć w głębi duszy może liczyłam na ' love story' cieszę się, że zrobiłaś to w ten sposób. NIE ZAWIODŁAM SIĘ.
    Conrad, perfekcyjny w każdym calu. Chcę więcej. Więcej Twojego pisania!
    a.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam, czytałam, tyle że wiesz jak ja komentuję :D I nie mam za co Cię zjebać - jakbyś zarzuciła jakimś happy endem typu Dani i Brian forever together i robią sobie takie same tatuaże, a Michelle przypadkowo wpada na Conrada i też są razem, to wtedy bym Cię zjadła. Albo bym uciekała, krzycząc "Kim jesteś i co zrobiłaś ze Zmorą", lol. W każdym razie (mówiłam to już 250 razy, ale może zapomniałaś) karma to suka, więc bardzo dobrze, że Dani skończyła jak skończyła, a do Michelle się jednak uśmiechnął los. Najs, najs, ale aż dziwne, że ją tak dobrze potraktowałaś :D Czyżby zmiana zdania co do niej? Brawo, rozwijasz się. ^^ Dziękujam za dedykację (lol ja i wsparcie, po prostu krzyczę na Ciebie jak narzekasz :D) i czekam na kryminał (jak już wiem, że wątki miłosne będą, to czekam na sto pro!).
    A lesbijską duszę w pełni zaspokoiła obejrzana wczoraj "Burleska", awn, kocham ten klimat. W kryminale chcę bohaterkę, która będzie wyglądała jak Aguilera w Burlesce albo Dita von Teese, perf. #stoprohetero #ajak
    ~ super duper anonimowa wiesz kto

    OdpowiedzUsuń